Hello, better world!

Czas leci. Zmienia się wszystko co nas otacza. Kwestią indywidualną jest to, czy dostosujemy się do zachodzących procesów, czy będziemy stać w miejscu i biernie się temu przyglądać.

Informatyka jest dziedziną wiedzy, w której tempo rozwoju widać szczególnie wyraźnie. Co i rusz spotykamy się z technologicznymi nowinkami - a to nowy procesor mniejszy niż kiedykolwiek, a to czytnik e-booków w kształcie parówki, który w razie potrzeby możemy zjeść. Nie inaczej sprawa ma się w kwestii programowania. Ewolucja nie dotyka każdego języka w jednakowym stopniu, ale ogólnopojęta dziedzina wciąż wykształca nowe rozwiązania. Inne zaś odchodzą w niepamięć.

Czytając ten wstęp nietrudno jest domyślić się, o czym będzie dalej. Trudno mi za to o tym napisać, bo nie jest to prosta decyzja. Dotychczas wiedziały o niej tylko dwie osoby, jednak ze względu na to, że prowadzę publicznie dostępne zapiski ze swojej działalności w internecie, czas podzielić się tym ze wszystkimi, którzy mogą być zainteresowani. Niniejszym wrzucam to stwierdzenie do internetu i niechaj w nim zostanie: porzucam PHP.

Zmiana technologii jest naprawdę ciężką kwestią, zwłaszcza dla osoby tak przyzwyczajonej jak ja. Zdaję sobie jednak sprawę z ograniczeń tego języka. Przemyślałem to dokładnie i uważam, że czas podjąć konkretne kroki. Liczę, że cząstka doświadczenia zdobytego w PHP przyda mi się w nowej technologii. Ruby.

Dlaczego właśnie ten język? Powodów jest bardzo wiele: począwszy o spójnego i uporządkowanego API (którego w PHP chyba nie dożyję), przez szerokie możliwości, po zwyczajną estetykę kodu.

Argumentu o czytelności nie muszę chyba rozwijać - dużo materiałów mówi o PHP w tym zakresie, kilka skromnych sam napisałem. Jeżeli chodzi o możliwości. Korzystając z Ruby otrzymuję technologię przystosowaną zarówno aplikacji sieciowych jak i desktopowych. Mój obszar zainteresowań jest chyba jasny, tak więc Ruby on Rails już jakiś czas temu zawitał na moim dysku, jednak nie porzucam nadziei, że nauka technologii bardziej uniwersalnej niż pehap pozwoli mi na (choćby skromne) wejście w świat aplikacji okienkowych. Ostatnia cecha, estetyka kodu: Ruby, jako język nowszej generacji, nie czerpie swojej składni z C. To pozwala nam pozbyć się irytujących klamerek i umożliwia chociażby method-chaining ("Test".upcase.reverse). Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że w kwestii spójności wyglądu kodu jestem pedantem. Pisałem o tym minimum raz. To jedna z wielu rzeczy, które Ruby da mi w standardzie - nie będę musiał walczyć z językiem o ładny kod i wyszarpywać mu go z paszczy - co najwyżej to on zawalczy ze mną, jeżeli postanowię rozwiązać coś nieodpowiednio.

Tyle o powodach... i co tu więcej mówić. Intensywna nauka trwa już jakiś czas, za kilka dni chcę się pochwalić pierwszym prostym projektem. Mam swoją drogą nadzieję, że całkowicie nowa gałąź wiedzy do zgłębienia, rozrusza jakoś ten blog. Jednocześnie informuję, że rozwój wszystkich dotychczasowych projektów napisanych w PHP (a innych nie ma ;)) został zatrzymany. Nie był to jakiś istotny dorobek, tak więc myślę, że spokojnie przeżyjecie, a ja nie mam czasu na dalsze inwestowanie go w PHP.

Pozdrawiam Was z nowego, lepszego świata!

-- edit (02.04.2014) --
Pierwszy kwietnia już za nami - sprostowanie dostępne tutaj ;)

HTML fail TVN24

Dziś na szybko. Prosta pomyłka TVN24 uchwycona wczoraj rano. Wybaczcie genialną jakość zdjęcia, nie miałem żadnej możliwości, aby zrobić lepsze, byłem chwilę przed wyjściem z domu :P

Może jeszcze animacja przesuwania się paska jest zrobiona w marquee? :D

Test gimnazjalny – raport

Dziś bardzo ważny dzień dla wszystkich gimnazjastów gimnazjalistów - test gimnazjalny. Ich mała matura, ich wstęp do dorosłości... ok, wystarczy pierdzielenia :D Powiedzmy po prostu, że wieki nie pisałem na blogu nic o szkole i nagle poczułem wenę. To będzie krótkie (krótkie w założeniu - dop. po skończeniu pisania) sprawozdanie z tegorocznego egzaminu, przeplatane moim bezcelowym komentarzem. Zapraszam :)

Strach przed tym konkretnym egzaminem był bardzo duży. Wiadomo było, że szykuje się nowa formuła, a już zeszłoroczny test nie należał do najłatwiejszych. Dużo osób obstawiało dwie możliwości: albo tegoroczny test będzie łatwy, a dopiero późniejsze roczniki dostaną trudniejsze, albo my dostaniemy bardzo trudny test i gdy wyniki będą naprawdę słabe, to kolejny rocznik dostanie prostszy.

Jednak zaobserwowałem (nie tylko po sobie), że im bliżej testu (mowa o jakimś ostatnim tygodniu), tym mniejszy był stres. Ludzie, przynajmniej z mojego otoczenia, starali się podejść do niego w miarę na luzie, nie robić sobie zbędnego stresu. Czas przejść do konkretów, czyli opisu dnia dzisiejszego:

Mimo, że test miał się zacząć o godzinie dziewiątej, do szkoły mieliśmy przyjechać już o 8:15. Wiadomo, szkolna organizacja... Pół godziny na wpuszczenie 130 osób na salę, to raczej optymistyczny termin :D

Przyjechałem chwilę przed czasem. W zasadzie większość przyjechała przed czasem, po czasie byli nieliczni... między innymi nasza wychowawczyni, a wraz z nią klucz od sali :P

Do tego momentu miałem odebrane już kilka SMS-ów i jeden telefon z życzeniami powodzenia. Oczywiście nie wiadomo jak odpowiedzieć, nie? Wiadomo, nie dziękuje się, żeby nie zapeszyć. Tak więc wszystkie te życzenia kończyłem politycznie poprawnymi stwierdzeniami w stosunku do sił wyższych, takimi jak "przyda się" albo po prostu "tobie też". Mój tyłek został obdarowany około 5 kopniakami. Cel szczytny - pięcioro więcej szczęśliwych ludzi na tym padole. Po spędzeniu 15 minut w sali, podczas której ludzie pocieszali tudzież dołowali się nawzajem, przyszedł czas na wchodzenie na rzeź salę gimnastyczną.

Ustawiliśmy się w dłuuugą kolejkę - jak za PRL-u, tylko takiej radości z dostania się do końca nie było. Praktycznie nikt nie robił sobie nic z tego, że mieliśmy stać alfabetycznie. Znany wielu osobom Misiek vel. Łukasz K. jak go ostatnio nazwano, z wesołą miną stał na końcu kolejki, przez co skutecznie opóźnił wejście o kolejne minuty. Bóg chaosu został nasycony - sukces :)

Kolejnym elementem, który spowodował zamieszanie przy wchodzeniu było pojawienie się dwóch panów z kamerą. Nikt nie miał ochoty wcielić się w rolę szkolnego celebryty, tak więc panowie nie zostali przyjęci szczególnie ciepło. Kwintesencją naszego podejścia było świecenie kamerzyście laserem po oczach i okrzyk "Spierdzielać! Nie życzę sobie by mnie kamerować!". Wtedy poczułem się jak na pegieerze, a nie w gimnazjum. Takie ludowe klimaty ;)

W końcu, po jakichś dwudziestu minutach, wszyscy uczniowie znaleźli się na sali. Powiem szczerze, że takiego rozprężenia nie widziałem na żadnym z trzech testów próbnych: każdy znalazł sobie temat, byle jak najbardziej odległy od egzaminu. Panowie z telewizji wyłapywali kolejne ofiary, tym razem niezdolne do ucieczki bo uziemione przy stolikach. Zaczęły się m.in. rozważania z jakiej to telewizji mogli przyjść. Z najciekawszych typów warto wymienić: Al Jazeerę, Telewizję Szatana czy Russia Today.

W końcu dwaj uczniowie w asyście nauczyciela (nauczyciel w asyście dwóch uczniów?) przynieśli zaplombowane testy. Każdy otrzymał dwie naklejki z kodem i zaklejony test. Padło polecenie aby przed rozcięciem sklejeń na teście, zapoznać się z instrukcją. Szkoda tylko, że jej pierwszym punktem było sprawdzenie ilości stron w teście :D Ponadto zdarcie tych plomb bez nożyczek nie było łatwe, dopiero potem ktoś odważył się spróbować przerwać je jednym pociągnięciem i upewnić się, że nie rozedrze tym arkusza na pół.

Tutaj wszystko poszło dość sprawnie i już osiem minut po dziewiątej rozpoczęliśmy pisanie - godzina na WOS i Historię. Na szczęście ktoś na zewnątrz sali postanowił nam umilić pisanie testu starym klasykiem: Wilki - Bohema (szerzej znane jako "Lecę bo chcę") - bardzo fajnie z jego strony, tylko troszkę głośno jak na moment, w którym wymaga się pełnego skupienia.

Jeśli chodzi o materiał, to powiem, że okazał się łatwiejszy niż przypuszczałem. Najwidoczniej rząd postanowił pokazać, że ich reforma przyniosła efekty - "patrzcie! napisali test lepiej niż poprzedni rocznik, czyli nie spieprzyliśmy. Ave my!".

Można było wyjść wcześniej, ale czas na pisanie tej części testu skończył się o 10:08 (godzina zegarowa). Potem było przewidziane około 45 minut przerwy, tak aby o 10:45 rozdać arkusze z języka polskiego.

Jeśli chodzi o język polski, to było naprawdę wiele typów odnośnie tematu. Niektórzy przewidywali Szymborską, a przynajmniej fragmenty z Nią związane, jeśli komisja zdążyła przygotować zadania. Okazało się jednak, że motywem przewodnim uczyniono Zemstę Aleksandra Fredry. Nie pamiętam ile jeszcze było wierszy, ale jednym z nich (o ile nie jedynym) była któraś z bajek Krasickiego.

Zadania zamknięte z polskiego okazały się bardzo proste. Zajęły mi koło 12 minut, tak jak większości osób. W całym teście z polskiego było tylko jedno zadanie typowo gramatyczne - w wersie "Gniewał się wędrujący i przeklinał bogi" znaleźć podmiot (zadanie  zamknięte), czyli materiał bodajże z czwartej klasy podstawówki, nie pamiętam dokładnie.

W całej części humanistycznej umieszczono jedynie dwa zadania otwarte: pytanie do fragmentu książki Jana Miodka (jego teksty bardzo często pojawiają się na testach, także próbnych) i dłuższą formę wypowiedzi, którą okazała się... rozprawka - a to zaskoczenie :D Byłbym naprawdę zdziwiony, gdybyśmy nie dostali rozprawki.

Temat rozprawki był raczej nieskomplikowany "Literatura pozwala lepiej poznać i zrozumieć minione wieki. Rozważ słuszność tego stwierdzenia w rozprawce. Zilustruj swoje argumenty przykładami literackimi".

Do końca egzaminów pozostały jednak jeszcze dwa dni - część matematyczno-przyrodnicza i język. Być może podzielę się jakimś krótkim (krótszym niż to) sprawozdaniem z kolejnych dni.

Gratuluję tym co dotrwali do końca, nieświadomie spłodziłem jeden z najdłuższych wpisów na swoim blogu.

Cenzura internetu – krótkie przemyślenie

Mamy już kwiecień, Wielkanoc. Od styku stycznia i lutego minęły już ponad dwa miesiące. Czy ktoś pamięta jeszcze o bardzo głośnej w tamtym czasie sprawie z ACTA? Ktoś na pewno… Czy pamięta o tym większość opinii publicznej? Na pewno nie…

Wtedy wszyscy byli nakręceni, z akcją udało się trafić do naprawdę wielu osób, które pozornie nie były nią zainteresowane. Było to zresztą bardzo dobrze widać na ulicach – mało kto wiedział przeciwko czemu protestował.

W tamtym okresie udało się przeniknąć do mediów maintstreamowych, do szerokiej opinii publicznej. Stało się to za sprawą tak krytykowanych ataków „Anonymos” na witryny rządowe. Generalnie mówiąc: nie popieram takiej formy przekazu jak atakowanie strony, z którą chce się prowadzić dyskusje, ale uważam, że trzeba przyznać, że bez tych ataków, sprawa nigdy nie dostała by się do głównych mediów. Potrzeba było sensacji, złamania prawa, zrobienia czegoś „przeciwko systemowi”, aby zwrócić na tę sprawę uwagę tych środków przekazu. Dlatego też, uważam, że „Anonimowi” (zamierzenie lub nie) odwalili w tym aspekcie kawał dobrej roboty.

Temat ACTA już dawno ucichnął, pojawiły się nowe, które zajęły media. Rząd oficjalnie wycofał się z planów wprowadzania ACTA w Polsce. W związku z tym zniknęło też zainteresowanie większości społeczeństwa. Tymczasem, na horyzoncie pojawiły się doniesienia o pracach nad kolejną ustawą typu SOPA/ACTA/PIPA – tym razem jeszcze ostrzejszą.

Czy i tym razem uda się zapobiec cenzurze internetu? Już chyba jasne jest dla Was sedno mojego wywodu: aby było zainteresowanie opinii publicznej, musi być zainteresowanie mainstreamu. Tak więc czy teraz uda się przyciągnąć ich uwagę? Wątpię, żeby udało się tego dokonać kolejnymi atakami na witryny internetowe, w końcu już w styczniu było ich tyle, że ludzie powoli zaczęli przechodzić nad nimi do porządku dziennego…

Załóżmy jednak, że komuś uda się ściągnąć zainteresowanie na ten temat. Powiedzmy, że przejdzie do ataków realnych, obrzuca ministra Boniego kamieniami – taki personalny bruteforce ;) Czy ludzie będą się w stanie zmotywować do kolejnych protestów? Sądzę, że nie i widzę to już po moim mieście. W Olsztynie na pierwszą manifestację (25.01.12) przyszło około trzech tysięcy osób. Wynik nie najniższy patrząc na liczebność miasta i wyniki z reszty kraju. Na drugą manifestację odbywającą się bodajże trzeciego lutego przyszło już tylko kilkanaście.

Widać, że zdobycie zainteresowania ludzi i skupienie go na jednej kwestii przez długi czas jest praktycznie niemożliwe. W związku z tym, wybaczcie, ale happy endu nie będzie. Sądzę, że jeszcze maksymalnie trzy próby wprowadzenia tego typu prawa i któraś z nich na 100% zakończy się sukcesem.

I tak całkiem przy okazji: Wesołych świąt (nie wiem kiedy się składa życzenia, nie wiem kiedy są święta… jutro?). Jak nie trafiłem z terminem, to otwórzcie sobie we właściwym dniu :P

Przemyślenia o ACTA – akt pierwszy

Z powodu dzisiejszego niemyślenia w wyjątkowo silnej postaci, postanowiłem wybrać sobie (tak dla odmiany :D) temat mniej techniczny. Mianowicie, aby nie pozostać w tyle, stwierdziłem, że i Sobak będzie cool i napisze coś o ACTA.

Jaki jest mój stosunek do ACTA? Jakby to kogoś obchodziło, to jestem zdecydowanie przeciwny wprowadzaniu rozwiązań w tej formie, jeśli nie obchodzi to proszę wcisnąć ctrl+w i mieć święty spokój :) Przede wszystkim sądzę, że takie przepisy powinno wprowadzać się na szczeblu prawa krajowego czyli jako zwykłe nowelizacje istniejących ustaw. Wprowadzanie tego na poziomie umowy międzynarodowej momentalnie powoduje to, że każde z państw biorących udział przy tworzeniu i wprowadzaniu tej umowy będzie chciało zagarnąć część korzyści dla siebie. Z tego nie może wyjść nic dobrego.

Drugą sprawą jest sposób wprowadzenia ACTA. Informacja o tym wyciekła na 43 stronie komunikatu prasowego na temat rolnictwa i rybołówstwa. Jawna kpina ze wszystkich obywateli państw sygnujących umowę i tyle.

Następna sprawa jaką chciałem poruszyć to temat, zdaniem wielu, szczeniackich ataków na strony gov. Szczeniackie czy nie, uważam, że przyniosły w rezultacie bardzo dobry efekt. Stanowiły idealny materiał dla żądnych sensacji mediów mainstreamowych. Co dałoby kilkaset merytorycznych apeli? Nic, wszystkie przeszłyby bez echa. Sądzę, że kilka nawet tak prostackich akcji było konieczne aby zwrócić uwagę mediów, które kreują opinię większości społeczeństwa.

Sprawa któraś z kolei - "zawieszenie ratyfikacji" przez Premiera. Dlaczego w cudzysłowie? Ano dlatego, że nie ma z punktu prawnego czegoś takiego jak "zawieszenie ratyfikacji umowy międzynarodowej", więc po raz kolejny mamy do czynienia ze zwykłym zabiegiem który ma uspokoić wzburzone emocje. W końcu w Polsce odbyły się dziesiątki manifestacji ulicznych, w których łącznie wzięło udział kilkaset tys. ludzi.

Możliwości prawnego zablokowania ratyfikacji ACTA istnieją. Chodzi mi o ostatnio poruszany temat referendum ogólnokrajowego w tej sprawie. Cytując za artykułem 70 ustawy o referendum ogólnokrajowym, ustępem pierwszym:

O wyborze trybu wyrażenia zgody na ratyfikację umowy międzynarodowej w drodze referendum decyduje Sejm, uchwałą podjętą bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów.

Czyli pierwszą przeszkodą jest konieczność uzyskania większości bezwzględnej w Sejmie, aby w ogóle móc zorganizować referendum w tej sprawie. Ponadto jeśli frekwencja referendum wyniesie poniżej 50%, to referendum nie ma głosu decydującego, a jedynie doradczy (wszyscy myślący wiedzą jak zostanie potraktowany taki głos). 50% frekwencji przy referendum to bardzo optymistyczne założenie. Skoro przy wyborach, które są niesamowicie mocno nagłaśniane gdzie tylko się da frekwencja jest niewiele wyższa, to łatwo nie będzie. Warto mieć na uwadze, że naprawdę duża część ludzi, która wyszła na ulice, to byli ludzie poniżej 18 roku życia, a oni w referendum brać udziału nie mogą. Trzeba by uświadomić ludziom, że ACTA nie dotyczy tylko internetu (a tak niestety myśli większość), że po jej wprowadzeniu nie mogliby dostać tańszych części zamiennych do samochodu czy tańszych zamienników przyjmowanych leków.

Podnoszony przez rząd argument, który mówił, że Polska podpisała ACTA, aby nie być postrzegana jako kraj popierający piractwo właśnie upadł ;) Niemcy właśnie wycofały się z zamiaru podpisania umowy. Jak widać są kraje, które dbają o własne interesy i wszyscy widzimy, że lepiej na tym wychodzą.

Jeśli chodzi o spotkanie Premiera z obiema stronami konfliktu ws. ACTA. Sam sposób jego organizacji był przygotowany tak, aby zjawiło się na nim jak najmniej chętnych. Zaproszenia na poniedziałkowe spotkanie zostało rozesłane w piątek, po godzinach pracy, świetne wyczucie. Przez to naprawdę wielu bloggerów i innych zaproszonych osób nie udało się na spotkanie (choćby Niebezpiecznik czy Kominek, a rząd zyskał genialny argument: podnosili tyle szumu w proteście, a nie chcieli przyjść porozmawiać na spokojnie. Bardzo zgrabne posunięcie :)

Cała sprawa ACTA, zdaje się przelała czarę goryczy u wielu ludzi napełniającą się już od dłuższego czasu. Mimo tego z perspektywy czasu (którą specjalnie chciałem mieć do dyspozycji podczas pisania tego wywodu) widać, że szum medialny powoli cichnie, zwłaszcza w mainstreamowych mediach, a cała sprawa pewnie skończy się na ratyfikacji umowy...

Odkrycia Matki Polki

Z dzisiejszej lekcji fizyki wreszcie wynieśliśmy coś pożytecznego. Jak wiadomo jakieś tam wydziwiane prawa nigdy się nam nie przydadzą, lecz to co usłyszeliśmy dzisiaj zawróci całym światem nauki.

Matka Polka, czyli nasza nauczycielka fizyki, dokonała dwóch wspaniałych odkryć.

Pierwszą z tych rzeczy jest nowa koncepcja dzielenia. Jak wiadomo 1200/24=50. To wydaje się dla nas oczywiste.

Jednak nie!!!

W wyniku skomplikowanych obliczeń wykonanych w głowie naszej nauczycielki (całki, srałki, grzałki itp.) okazało się że wynik tego działania to 60! O tym nawet nie wie Windowsowy kalkulator. Myślę, że to odkrycie bije na głowę to co zaobserwowali naukowcy z CERN-u. Cząsteczki przekraczające prędkość światła nie są czymś nadzwyczajnym w porównaniu do nowej koncepcji dzielenia.

 

Drugim ważnym odkryciem było to, że grzejniki elektryczne nie są na prąd.

Kaloryfer elektryczny o mocy 1kW pracuje 10h dziennie ogrzewając pokój. Oblicz ile węgla należy użyć aby ogrzać ten pokój, zakładając, że z 1kg węgla można praktycznie wykorzystać tylko 3350 kJ

A więc nasze ukochane kaloryferki są jednak na węgiel :) Dzięki temu kolega się dowiedział czemu jego sąsiedzi pukają w grzejniki po nocach. Oni po prostu uzupełniają węgiel :D

Za te odkrycia naszej wspaniałej nauczycielce należy się nagroda im. Alfreda Nobla.

Być może niedługo nasza nauczycielka odkryje leki na starość oraz nowotwory, zgłębi tajemnice czarnych dziur, opatentuje działające perpetuum mobile, podbije Afganistan, położy kres sporom Korei Północnej z Południową, obali komunizm w Chinach, poleci na Marsa (i na Snickersa może też) i położy kres dyskryminacji. Dzięki takiej rodaczce naród Polski znów zabłyśnie pełnią swoich ogromnych możliwości.

 Timiko

Uwaga! To SĄ ćwiczenia!

Przedwczoraj (wtorek) na lekcji matematyki wychowawczyni wspomniała o tym, że następnego dnia ma się odbyć… próbny alarm przeciwpożarowy.
Cóż za cudowna niespodzianka, nieprawdaż? Według mnie powód podania tej informacji był bardzo prosty i nie chodziło tu o popsucie surprajsu czy uniknięcie paniki.
Jak stwierdziła sama wychowawczyni – czas ewakuacji będzie zestawiany z innymi szkołami. Czyli ponownie – Statystyki Są Najważniejsze.

Dlatego wczoraj gdy dzwonek zadzwonił 15 minut wcześniej niż powinien – zdziwienia nie było. Bo przecież podano nam dzień wcześniej nawet lekcję na której cały event miał się odbyć – uroczo :).

Pani spokojnie wstała z krzesła, podniosła kartkę z biurka i przeczytała z niej – „Proszę nie panikować…” Oczywiście całą klasową lożą szyderców zaczęliśmy się wydzierać tak głośno jak to tylko możliwe, że „wszyscy zginiemy!”, „Już po nas!” i tak dalej…

Potem nauczycielka spokojnie wyrecytowała drogę do najbliższego wyjścia ewakuacyjnego. Bez pośpiechu spakowaliśmy swoje rzeczy, zdążyłem nawet wytrzeć tablicę i napisać na niej wielkie „SOS” – dla potomnych :)

Potem udaliśmy się do wyjścia ewakuacyjnego. Cóż za szczęście że akurat wtedy było ono otwarte. Drugi raz podczas trzech ostatnich lat, jak dobrze pamiętam. Los nam sprzyjał :P Udaliśmy się na boisko szkolne i usiedliśmy klasami.

Potem ktoś wyznaczony sprawdził czy dotarli wszyscy nauczyciele – no tak… Nauczyciele. O nas, uczniów, nikt się nie martwił. Posiedzieliśmy tam około 15 minut integrując się podczas rzucania żołędziami w kogo popadnie. Potem Ktoś Kogo Nie Widziałem, powiedział przez megafon Coś Czego Nie Słyszałem.

Po owym zaklęciu, bo tym musiało to być, niepaląca szkoła przestała się palić, nieistniejący strażacy stali się jeszcze bardziej nieistniejącymi, a my wróciliśmy do naszej ukochanej szkoły…

Trafić z tematem…

Pisząc swojego bloga nigdy nie starałem się trafić w jakiś temat po to aby nabić sobie odwiedzin. Pisałem po prostu tylko o tym, czym chciałem podzielić się z innymi.

Tymczasem okazało się, że niechcący trafiłem w naprawdę mocną tematykę. W ostatni czwartek napisałem wpis o łańcuszkach w Orange. Miał być to krótki wpis na temat denerwującego mnie spamu.

Dziś, około pół godziny temu, jak od czasu do czasu, postanowiłem sprawdzić moje statystyki w Google Analytics.

Pierwszą rzeczą o której pomyślałem było to, że G Analytics skasowało mi poprzednie odwiedziny, ale po najechaniu na ową wybitą do góry kropę ujrzałem liczbę... 297. Być może na niektórych z Was ta liczba nie robi wrażenia, ale w przypadku gdzie mój blog ma ok. 20 odwiedzin dziennie, a dotychczasowy rekord wynosił 49, to powyższa sytuacja była dla mnie szokiem.

Postanowiłem zbadać tą sytuację. Moją pierwszą myślą było to, że boty spammerskie w jakiś sposób zaczęły wykonywać JS od G Analytics, jednak sprawdzenie z jakiej lokalizacji pochodzą odwiedziny tego dnia. Okazało się, że ok 98% było z Polski. To dość mocno zbiło mnie z tropu.

Postanowiłem sprawdzić po jakich słowach znaleziono moją stronę.

Wtedy wszystko stało się jasne. Po prostu... trafiłem z tematem :)

Łańcuszki od Orange? Nie, spokojnie. To tylko spam :)

Taki sobie dziwny tytuł wymyśliłem na dzisiejszy wpis. Otóż rano, przed wyjściem do szkoły dostałem od kolegi SMS-a następującej treści:

Wielka promocja w Orange. Wyslij teraz tego sms'a do 5 osób. A na twoje konto wplynie 150zl. Oferta trwa do 10.09.2011r.

Szczegoly na www.orange.pl/promocje

Wali oszustwem na odległość więc gdy tylko wróciłem ze szkoły, postanowiłem to sprawdzić. Poszukiwania zacząłem od wspomnianego adresu (orange.pl/promocje). Strona istniała, prowadziła do niej zakładka w menu, ale była całkowicie pusta. Wtedy już miałem stuprocentową pewność, że ktoś się wygłupia.

Wpisanie samego początku SMS-a w Google potwierdziło moje przypuszczenia. Zdziwienia nie było, zastanawia mnie tylko jedna rzecz... Po co? Phishing to to nie jest, sprawca nie czerpie z tego żadnych korzyści, nic nie wyłudza. Czyżby chodziło o zwykły szpan przed kolegami z piaskownicy?

A może po prostu sądził, że nikt się nie nabierze? Jeśli tak, to niestety się pomylił... Ludzi żywiących takie pasożyty nie brakuje. Aż przypomina mi się łańcuszek, który magicznie miał spowodować zniknięcie śledzika. Czy niektórzy ludzie kiedyś dojrzeją? :)